Volunteering Donations of goods  Student internships Donate 23 pln for our activities
We raise funds to carry out our statutory activities on an ongoing basis, including resocialisation activities in prisons, educational activities in Youth Centres and running the eWKartke.pl blog.
Account number: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001 Close

JEDEN DZIEŃ Z ŻYCIA KALIFAKTORKI

Mam pracę!!! To wyróżnienie… Będę rozbić karierę… Może zarobię – jak dadzą mnie na płatny etat – ze 180 zł będę miała – bo praca jest na pół etatu, ale pieniądze w więzieniu mają inną wartość. Większą… Więc to kupa szmalu… Rano wychodzę do pracy… Stoi wielki wózek – na nim duży garnek, kilka pojemników z chlebem – muszę poustawiać to wszystko. Tajemniczy termos z kartką, niewielką, Na niej napis – w rogu : chleb razowy x2; wafle ryżowe x2. Uuuuu…. Kto dostaje takie delikatesy?… nie widziałam takich rzeczy już 9 m-cy, czyli odkąd jestem tutaj. W termosie jest kilkadziesiąt sztuk mortadeli, dwa razy polędwica drobiowa (chyba), około 20 szt. dziwnej wędliny (jest różowa, zwarta i twarda), 2 jabłka. Wszystko rozpisane na tej kartce.
– Będziemy to rozdawać – mówi do mnie koleżanka z pracy – musisz uczyć się diet i zapamiętać, która co dostaje z osadzonych.
– OK…- kiwam niepewnie głową.
W Zakładzie Karnym nie ma normalnego wyżywienia, są diety i normy. Ruszamy… na koleżankę patrzę jak na swoje guru, ona wszystko wie, nauczy mnie i wytłumaczy. Rozdałyśmy. Nakarmiłyśmy. Wracam do celi. Mam wolne przez kilka godzin. Zastanawiam się, jak mam zgłębić temat tych diet. Skąd mogę wziąć materiały? Może będę miała szkolenie?
Obiad. Wychodzę na korytarz. I łka coś we mnie… Wielki kocioł zupy, mniejszy z kaszą i prostokątne termosy: kilkanaście sztuk. Moja koleżanka zarządza. Tłumaczy:
– To jest zupa na ogół. Tu masz na PK, a tu masz na L, resztę doczytaj – tylko żebyś się nie pomyliła!
Do termosów przyklejone są karteczki z literkami. Karteczki są mokre. Napisy rozmazały się. Nooo… muszę dać radę. Ustawiamy i jedziemy… próbujemy jechać. Jestem niska, a wózek jest ciężki.
– Przyłóż się, nie będę sama pchała!!!
Ciągnę wózek z całej siły. Drepczę do tyłu (koleżanka pcha), jakoś kończymy wydawanie posiłku. Koleżanka nie jest zadowolona… Kurdupla jej dali…
Wracam do celi. Wzięłam wydruk z jadłospisu. Staram się zrozumieć – to co – jest tam napisane:
P – to ogół, czyli dieta podstawowa.
Ale o co chodzi z tymi cyferkami? P1 – co to oznacza? Ostatnie P jest z literką 6 … dalej nic nie wiem…
Później są napisane diety z literką L. Co to L symbolizuje? Z czym mi się L kojarzy? Myślę… Dalej LC, LC z cyferkami LBG… Czuję się jak idiotka…
Kolacja.
Wychodzę. Ufff… Wózek jest lżejszy, ale czuję się, tak jakby ten wózek został moim największym wrogiem. Załatwiamy sprawę kolacji w 15 min. – prawie wszyscy mieli dżem. Było fajnie.. Łatwo!
Jeżeli temat Was zainteresował to:
– Po dwóch miesiącach, prowadząc dochodzenie: prawie jak detektyw i dostając po „znajomości” materiały, rozpiski, jadłospisy, dowiedziałam się następujących faktów:

  •  P to norma podstawowa.
  • P1 czyli PW to norma wyznaniowa ( wiadomo, wyznając niektóre religie pewnych rzeczy nie zjemy).
  • P2 to PK – norma bezmięsna.
  • PKL ocho… to dieta bezmięsna, lekkostrawna.
  • P3 norma bezglutenowa, bezmięsna
  • P4 – ?
  • P5 – ?
  • P6 norma nie obejmująca produktów odzwierzęcych – przypadek sprawił, że to wiem.
  • L? to diety przepisane przez lekarza
  • L – dieta lekkostrawna.
  • LC – dieta lekkostrawna, cukrzycowa (jabłuszka są przewidziane dla tych „szczęśliwców”, no i „tajemniczy” chlebek – chyba ze zbóż)
  • LC4 tego nie wiem.
  • BG – dieta lekkostrawna, bezglutenowa.
  • LC3 – jak wyżej i  bogatoresztkowa(?) b/mleczna – co by to nie znaczyło.

Dalej wiem, że nic nie wiem.
Są jeszcze oznaczenia typu: TP, CP, TL, TLC.
Są jeszcze dodatki, na przykład: cukier, oczywiście tylko dla niektórych, jakoś tam zaznaczonych jakąś literką.
Są jeszcze kłopoty w dostawach tego co trzeba wydać.
Acha i jeszcze trzeba wiedzieć, dajmy na to: czy dzisiaj jest przewidziany jeden czy dwa paluszki rybne, a może półtora lub dwa i pół.
Praca stresująca, ale przyjemna.
No i satysfakcja, bo wszyscy cieszą się, że dostają tak smaczne i przemyślane „menu”.
PaniEm

Dzień narkomanki


Fot. Małgorzata Brus
Vivo sin vivir en mi (Żyję w rzeczywistości nie żyjąc – św. Jan od Krzyża)
 Kończy się noc, a ja wracam z krainy sennych marzeń, by wpaść w koszmar rzeczywistości. Nie chcę otwierać oczu i choć świadomość dopada mnie bezlitośnie, nie chcę jej witać. Siłą woli zwlekam się z łóżka, nim głód narkotyczny sprawi, że stanę się jak bezwładna szmata. Wczoraj kolejny raz nie zostawiłam sobie działki na rano. Moje pragnienie toksycznej euforii i potrzeba choćby fałszywego, chwilowego uczucia szczęścia jest niezaspokojona. Nie mam nic poza zgliszczami, w które obróciłam swoje życie. Obciążona przeszłością bez przyszłości wegetuję w teraźniejszości dla tych krótkich chwil ułudy.
 Zamykam się na tę prawdę. Nie patrząc w lustro, wybiegam z domu, wtapiając się w poranek budzącego się świata. Mojego świata. Mechanicznie kieruję się do najbliższego sklepu na Dworzec Wileński, bo tam najbliżej i najszybciej zarobię. W głowie pustka, żadnych filozoficznych myśli, żadnych też rozsądnych. Jedynie stały, znany od lat plan: ukraść, sprzedać, zarobić, zaopatrzyć się.
 Zbliżam się do bramek w supermarkecie z torbą wypełnioną paczkami kawy. Są drogie, więc nie muszę brać ich dużo, wystarczy 10 opakowań po pół kilo – to zysk 150 złotych. Wystarczy na rozpęd dnia. I tak w tej chwili nie byłabym w stanie więcej unieść. Ledwie trzymam się na nogach. Działam odruchowo, w strachu, zdając sobie sprawę, że jeśli nie przyćpam, to z każdą minutą będzie gorzej. Desperacja pcha mnie do działania. Nie dostrzegam zagrożenia. Ono się nie liczy.
 Kątem oka widzę ochroniarza, który również mnie wypatrzył. A może to tylko moje paranoje. Teraz mnie to nie obchodzi, nie mam czasu – muszę zaryzykować. Mijam bramki, a ochroniarz spuszcza wzrok i dyskretnie odwraca głowę w drugą stronę udając, że mnie nie poznaje. Nie chcę się zastanawiać, jak koszmarnie wyglądam, ale cieszy mnie jego akt litości. Jest nieźle. Znają mnie tu dobrze i wiedzą, że gdy jestem na skręcie, nie warto mnie zatrzymywać. Więcej problemu i zamieszania niż ich prowizja, która się z tym nie równoważy.
 Już, już tylko jedna przecznica dzieli mnie od Bazarku Różyckiego, na którym stały odbiorca uwolni mnie od ciężaru „łupu”. Bogatsza o sumę potrzebną na poranną dawkę mojego szczęścia i byle jakie śniadanie wracam w stronę domu, na Brzeską. Nawet mroźny wiatr jest mi dziś przychylny, popychając w plecy, dodając pędu ociężałym nogom. Nie rozglądam się na boki, nie patrzę na otaczającą mnie marnotę i obskurne kamienice, mieszkańców skazanych na porażkę życia w nałogu. Mam wrażenie, a raczej pewność, że reprezentuję sobą równie żałosny widok. Mogę uznać to za plus, że się tutaj nie wyróżniam, zlewam się z otaczającym mnie krajobrazem praskiej dzielnicy, niewidoczna dla wścibskich oczu gliniarzy.
 Zbliżam się do jednej z bram, zaledwie kilka metrów od tej, w której mieszkam. W jej mroku czeka na mnie cel, każdego dnia ten sam, najważniejszy na świecie…
 To jeszcze jednak nie meta. Resztkami sił, trzęsąca się z zimna, a równocześnie mokra od potu, z glutem po pas docieram do wrót spełnienia. Moim ciałem wstrząsają torsje i nie jestem w stanie się powstrzymać: wymiotuję prawie na buty mijanego przechodnia. Wreszcie ostatnie kroki i ciemna brama prowadząca do klatki schodowej niczym ogromna bezzębna gęba pochłania mnie w swe wnętrze. Moje mieszkanie – drugie piętro. Boże, nie dam rady!
 Osuwam się na najniższym stopniu i przygotowuję niezbędną miksturę. Zmuszam zdrętwiałe palce dłoni do posłuszeństwa. Wiem, że nie mam czego już szukać na rękach, więc niecierpliwym, zdecydowanym ruchem wbijam się w żyłę pachwinową i dociskam tłok.
 Narkotyk wtarga w moje ciało, krążąc we krwi wypełnia sobą każdą moją obolałą komórkę, uspokaja każdy rozdygotany nerw. Błogie uczucie otula zmaltretowane ciało i rozhisteryzowaną psychikę. Czuję, jak moja dusza dostaje lekkości i na chwilę wyrywa się z mojego martwego Ja. Znów mnie ubyło. Kolejne stłamszone ludzkie odruchy, kolejne raniące uczucie zepchnięte w podświadomość. Opieram rozpalone czoło o chłodną balustradę. Odcień mojej skóry zlewa się z szarym marmurkowym kolorem kamiennych schodów. I jak one zamieram w bezruchu.
 Za kilka godzin ponownie zacznę walkę z życiem, które mimo wszystko pragnę zachować, i z samą sobą, której tak bardzo nienawidzę. Ale jeszcze nie teraz. W tej chwili moje myśli, serce i dusza płyną przez nieosiągalną dla nich na trzeźwo krainę marzeń. Jutro znów zacznie się dzień świstaka, a moja przestrzeń wolności będzie odmierzana odległością między tłokiem a igłą.
 Muero porque no muero (Umieram, nie umierając – św. Jan od Krzyża).
 Pik